Poszedłem z bardzo interesującą kobietą do amerykańskiej knajpy w centrum Warszawy. Podają tam niezdrowe, pyszne amerykańskie steki – ćwierćfunciaki... To ta sama knajpa, która przed laty była niemym świadkiem tego felietoniku. Wewnątrz gwarno, ciepło i tak naprawdę po amerykańsku, czego nie można powiedzieć o tych wszystkich pizzeriach będących de facto Łomżyńsko/Kieleckimi wariacjami na temat prawdziwej włoskiej pizzerii.
A jak to w amerykańskiej knajpie bywa, aktywna, uśmiechnięta i obwieszona emblemacikami kelnereczka rozdawała dzieciom baloniki.
I to takie baloniki i których każdy z nas marzył w dzieciństwie – mianowicie napełniane helem, czyli takie, które „same” unoszą się w powietrzu.
Jako że obydwoje pracujemy dla korporacji w sektorze rynku masowego, cyniczne i sprawne wyłudzanie jest naszą podstawową umiejętnością i aktywnością w godzinach 8-17. Toteż bez trudu wyłudziliśmy od Pani kelnerki trzy baloniki, kartkę, koszulkę foliową i długopis.. Na kartce zaś napisaliśmy w dwóch językach takie o to zaproszenie:
Szanowny znalazco.
List ten wysłaliśmy pocztą balonikową z Warszawy.
W dniu takim to a takim o godzinie 19:30
Jeśli go znalazłeś zadzwoń pod numer 501 xxx yyy ,
lub wyslij SMS a my oddzwonimy.
Zapraszamy Cię również na kolację do restauracji Fridays.
Szczegóły ustalimy telefonicznie.
Ela & Frycz
W czasie pisania zastanawialiśmy się nad doborem słów i czy ogólnie dobrze napisaliśmy. Nurtowały nas pytania: a co będzie gdy znalazca przyjdzie z osobą towarzyszącą, a co będzie gdy z rodziną?
Nic to – podołamy... :)
Wyszliśmy przed knajpę i wypuściliśmy niebieskie baloniki w nocy mrok z dużą zafoliowaną kartką formatu A4 powiewającą na białych tasiemkach... Pomimo silnego wiatru zapikowały ostro w niebo, w kierunku północno-zachodnim. Zupełnie jak w tej piosence Bułata Okudżawy - Balonik.
Minął czas i...... nikt się nie odezwał. Karteczka leży pewnie gdzieś przemoczona, wyblakła i nieczytelna.... Tak to w życiu jest, myślimy że jesteśmy jedyni, niepowtarzalni i że życie tylko czyha aby nas zaskakiwać....



Nie bacząc na koszty (a helwecki frank był wtedy walutą drogą; bo było to wczasach, gdy dopiero za miesiąc Jaruzelski miał się zamienić na premierostwo z Mazowieckim)wysłaliśmy pocztą doniesienie o znalezisku z wszystkimi koniecznymi detalami. Czuliśmy się jak członkowie europejskiego społeczeństwa: aktywni, bezinteresowni, zaangażowani w europejskie sprawy i naukowe dociekania.
Europejskie społeczeństwo nad naszym finansowym heroizmem przeszło do porządku dziennego bez słowa komentarza. Do dzisiaj wyczekujemy, może już nieco wyblakle, jego odzewu, entuzjazmu i gratulacji. Już nie na każde postukiwanie klapek skrzynki na listy zrywamy się z fotela i biegniemy sprawdzić, kto napisał. Przywykliśmy, ze pamiętają o nas listownie tylko bank, urząd podatkowy i hipermarket.
Ale widać, że "tak to w życiu jest, myślimy że jesteśmy jedyni, niepowtarzalni i że życie tylko czyha aby nas zaskakiwać...."